Wczoraj do kin weszła ekranizacja piątej części serii o Harrym Potterze. Nie miałem specjalnej ochoty, by dać się zmiażdżyć szturmującemu kina tłumowi na premierze - możliwe jednak, że tłumu wcale nie było, gdyż dzień po premierze seanse poranne były obłożone w około 1/3 - być może nawet mniej. Dość rzec, że jeśli się dobrze zakręcić, można mieć rząd tylko dla siebie.

Powodu tak wyraźnego braku popularności dopatrywałbym się w druzgocących recenzjach, wystawianych w kilka dni przed premierą w polskiej prasie (Ponaddwugodzinna nudna piła, która z kinem rozrywkowym ma tyle wspólnego, co mieszkanie w bloku z zamczyskiem Drakuli ["Hokus-pokus z papieru", Newsweek 30/2007]). Istotne może być też znużenie tematem - “Gwiezdnych Wojen” mieliśmy sześć części, HP będzie siedem; niektórzy mruczą już “no ile można?”

Zdecydowałem się mimo wszystko zaryzykować i udać się do kina. I co?

Rozmach, który przynajmniej mnie w części czwartej (”Czara Ognia”) lekko zmęczył, został ukrócony. Oczywiście magii nie da się przedstawić bez pewnej ilości efektów wizualnych - ale tym razem użyto ich oszczędnie. Oczu nie męczy już feeria barw.

Nieco większy nacisk położono na muzykę. Jest mniej delikatna, bardziej wybija się na pierwszy plan. Nie jestem pewien, czy jest to efekt zamierzony, czy wina dubbingu, ale czasami miałem wrażenie że muzyka za wszelką cenę chciałaby zagłuszyć to, co mówią aktorzy.

Nic zresztą dziwnego. Dubbing bowiem zrealizowany został źle, albo jeszcze gorzej. W ich głosach brakuje głębi, tego charakterystycznego zaangażowania. Najlepiej brzmi chyba Luna Lovegood - dubberka świetnie oddała tą szczególną dla Luny pogodną nieobecność i przyjazne nastawienie do życia, mimo że szkolni koledzy na potęgę płatają jej głupawe figle. Za samą postać Luny - nagroda dla nikomu (dotychczas) nieznanej panny imieniem Evanna Lynch. Doskonale zrealizowała rolę radośnie nieprzytomnego i oderwanego nieco od realności blond “aniołka”, brawa za to. Warto również zwrócić uwagę na Dolores Giert…tfu tfu, Dolores Umbridge (Imelda Staunton), która być może nie dorasta do kolan Najwyższego Człowieka Czwartej RP, ale w kontekście edukacji ciekawie się kojarzy.

Gra innych aktorów zadowala jedynie w momentach napięcia. Sceny strachu, bólu, niepewności - z tym aktorzy sobie radzą dobrze. Nie są jednakże w stanie choć poprawnie - nie prosząc nawet o grę dobrą - momentów spokojnych, przyjacielskich, wyluzowanych. Szczególnie Emma Watson, grająca postać Hermiony sobie nie radziła - dobrą grę w jej wykonaniu można była zobaczyć bodajże dwa czy trzy razy, próba zagrania zaś śmiechu, kiedy wraz z Ronem (Rupert Grint) komentują małe “zajście” między Harrym a Cho Chang (Katie Leung; “zajście” uwidocznione po prawej), była nieudana kompletnie i stanowiła poważny zgrzyt.

Podsumowując: zręcznie zastosowane efekty specjalne, miła dla ucha muzyka i postać Luny Lovegood - tyle o filmie dobrego. Sytuacji nie poprawia nawet kompletnie niezamierzony polityczno-ministerialny żart, w jaki w kontekście polskiej edukacji obraca się postać Dolores Umbridge. “Harry Potter i Zakon Feniksa” nie jest arcydziełem, i ci, którzy nie czują gwałtownej chęci zobaczenia na dużym ekranie ćwiczeń Gwardii Dumbledore’a, mogą go sobie spokojnie darować. Zagorzałych zaś fanów Harry’ego Garncarza ostrzegam - podobnie jak dwa poprzednie filmy, “Zakon Feniksa” zostawia na języku brzydki posmaczek i pewien niedosyt. Wychodzi się z kina i mówi się, “niech mnie, nie wiem o co chodzi, ale coś jest nie tak!”