“Harry Potter i Zakon Feniksa”
(”Harry Potter and the Order of the Phoenix”)
28.07.2007 w Recenzje
autor: Paweł

Wczoraj do kin weszła ekranizacja piątej części serii o Harrym Potterze. Nie miałem specjalnej ochoty, by dać się zmiażdżyć szturmującemu kina tłumowi na premierze - możliwe jednak, że tłumu wcale nie było, gdyż dzień po premierze seanse poranne były obłożone w około 1/3 - być może nawet mniej. Dość rzec, że jeśli się dobrze zakręcić, można mieć rząd tylko dla siebie.
Powodu tak wyraźnego braku popularności dopatrywałbym się w druzgocących recenzjach, wystawianych w kilka dni przed premierą w polskiej prasie (Ponaddwugodzinna nudna piła, która z kinem rozrywkowym ma tyle wspólnego, co mieszkanie w bloku z zamczyskiem Drakuli
["Hokus-pokus z papieru", Newsweek 30/2007]). Istotne może być też znużenie tematem - “Gwiezdnych Wojen” mieliśmy sześć części, HP będzie siedem; niektórzy mruczą już “no ile można?”
Zdecydowałem się mimo wszystko zaryzykować i udać się do kina. I co?
Rozmach, który przynajmniej mnie w części czwartej (”Czara Ognia”) lekko zmęczył, został ukrócony. Oczywiście magii nie da się przedstawić bez pewnej ilości efektów wizualnych - ale tym razem użyto ich oszczędnie. Oczu nie męczy już feeria barw.
Nieco większy nacisk położono na muzykę. Jest mniej delikatna, bardziej wybija się na pierwszy plan. Nie jestem pewien, czy jest to efekt zamierzony, czy wina dubbingu, ale czasami miałem wrażenie że muzyka za wszelką cenę chciałaby zagłuszyć to, co mówią aktorzy.
Nic zresztą dziwnego. Dubbing bowiem zrealizowany został źle, albo jeszcze gorzej. W ich głosach brakuje głębi, tego charakterystycznego zaangażowania. Najlepiej brzmi chyba Luna Lovegood - dubberka świetnie oddała tą szczególną dla Luny pogodną nieobecność i przyjazne nastawienie do życia, mimo że szkolni koledzy na potęgę płatają jej głupawe figle. Za samą postać Luny - nagroda dla nikomu (dotychczas) nieznanej panny imieniem Evanna Lynch. Doskonale zrealizowała rolę radośnie nieprzytomnego i oderwanego nieco od realności blond “aniołka”, brawa za to. Warto również zwrócić uwagę na Dolores Giert…tfu tfu, Dolores Umbridge (Imelda Staunton), która być może nie dorasta do kolan Najwyższego Człowieka Czwartej RP, ale w kontekście edukacji ciekawie się kojarzy.
Gra innych aktorów zadowala jedynie w momentach napięcia. Sceny strachu, bólu, niepewności - z tym aktorzy sobie radzą dobrze. Nie są jednakże w stanie choć poprawnie - nie prosząc nawet o grę dobrą - momentów spokojnych, przyjacielskich, wyluzowanych. Szczególnie Emma Watson, grająca postać Hermiony sobie nie radziła - dobrą grę w jej wykonaniu można była zobaczyć bodajże dwa czy trzy razy, próba zagrania zaś śmiechu, kiedy wraz z Ronem (Rupert Grint) komentują małe “zajście” między Harrym a Cho Chang (Katie Leung; “zajście” uwidocznione po prawej), była nieudana kompletnie i stanowiła poważny zgrzyt.
Podsumowując: zręcznie zastosowane efekty specjalne, miła dla ucha muzyka i postać Luny Lovegood - tyle o filmie dobrego. Sytuacji nie poprawia nawet kompletnie niezamierzony polityczno-ministerialny żart, w jaki w kontekście polskiej edukacji obraca się postać Dolores Umbridge. “Harry Potter i Zakon Feniksa” nie jest arcydziełem, i ci, którzy nie czują gwałtownej chęci zobaczenia na dużym ekranie ćwiczeń Gwardii Dumbledore’a, mogą go sobie spokojnie darować. Zagorzałych zaś fanów Harry’ego Garncarza ostrzegam - podobnie jak dwa poprzednie filmy, “Zakon Feniksa” zostawia na języku brzydki posmaczek i pewien niedosyt. Wychodzi się z kina i mówi się, “niech mnie, nie wiem o co chodzi, ale coś jest nie tak!”
Przedstawione opinie są wyrazem osobistych poglądów autora i nie powinny być inaczej interpretowane.
29 lipiec 2007, 23:20
“Dolores Giert…tfu tfu, Dolores Umbridge”
wiesz dlaczego tak lubię czytać to, co piszesz? Bo ja nie xD
Ale tak na poważnie, to przyjemnie się czytało Twoją recenzję. Lekki język, zabawa ‘piórem’ połączony z garścią dobrego humoru i dozą polityki (patrz cytat, m.in. ofc) sprawia, że… no właśnie nie wiem. Po prostu: brak mi słów (noo niemożliwee!)
i co najlepsze, w Twoich dziełach jest straszliwa rozbieżność tematyczna. Co się ceni w dzisiejszym jakże przesiąkniętym złem świecie (óch, ach! xD), bo masz sporą wiedzę w wielu dziedzinach.
Dobra, ale żeby nie było Ci tak miło, to nie bierz tego do siebie ;-).
(no przecież Ci nie powiem, że te wszystkie komplementy to prawda! :-p)
no prawda, prawda^^
30 lipiec 2007, 09:23
Kindze brak słów…? [szczyt paniki] Armageddon idzie…
2 sierpień 2007, 20:53
To ja skorzystam z okazji i też filmidło objadę. W końcu czasami człowiek musi inaczej się udusi…a jak wypowiem się na jakiejś filmowej stronie to znów mnie ocenzurują…
Może zacznijmy od początku, znaczy od scenariusza…Nie wiem kto go pisał, ale mam nieodparte wrażenie, że jest to jakiś zamorski krewniak Szczerbica…albo komuś pogubiły się kartki skryptu… Niektóre sceny są nie wiadomo po co – ani sensowne ani efektowne, inne są tylko dlatego, że trzeba było jakoś wprowadzić kluczowych dla następnych części bohaterów i ani jedne ani drugie nie wnoszą nic do fabuły. Za to brak jest paru innych, które by nieco rozjaśniły sytuację. Ogólnie rzecz biorąc - fabuła się kupy nie trzyma, a ktoś kto nie czytał książki będzie się momentami zastanawiał o co chodzi…
Reżyser…reżyser powinien zostać przy reklamówkach, bo ewidentnie nie wie co robi. Brak napięcia, emocji; ogólnie suspensu. Etatowi aktorzy robią co chcą…znaczy gównie starają się dobrze wyglądać. Z wyjątkiem Emmy Watson, która stara się coś robić, ale niezbyt wie co i jak…i jeszcze raz potwierdza starą prawdę,że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Reszta nawet się nie stara. Za to cześć nowych postaci jest zagrana koncertowo. Imelda Staunton… tjaaa Hiszpańska Inkwizycja obficie polana różowym lukrem; idealna Dolores, ale to w końcu doświadczona aktorka, więc mógłby ją reżyserować nawet kawał drewna i tak by dobrze zagrała. Helena Bonham Carter…jak zwykle klasa sama w sobie, tak swoją drogą ciekawie było zobaczyć aktorkę szekspirowska w takiej roli…nic tylko życzyć sobie więcej Bellatrix w kolejnych częściach. I fenomen nieprzeciętny - Luna, albo dziewczę ma talent, który w przyszłości zapewni jej wszystkie możliwe nominacje i nagrody, albo po prostu była sobą:)
Brak efektów specjalnych był zaskoczeniem, reżyser najwidoczniej chciał oprzeć się na aspekcie psychologicznym…ale na tej psychologii, którą prezentują bohaterowie to nawet domku z kart nie dałoby się oprzeć.
Operator też się nie postarał…kadry są albo puste jak czaszka ministra edukacji albo zatłoczone jak supermarket w dniu wyprzedaży.
Całość sprawia wrażenie produkcji klasy B, dla dzieci które bardzo nudzą się w deszcz.
A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że Yates ma reżyserować Księcia Półkrwi…brrrr.
3 sierpień 2007, 09:23
Mało, że “Księcia Półkrwi”… Przecież Deathly Hallows też Yates będzie reżyserował, i jak zrobi z jego potencjałem to co z “Zakonem Feniksa” uczynił to będzie niepięknie - to znaczy,znowu wszystko skoncentruje się na scenie finałowej masakry w świetle lampek choinkowych - o przepraszam, magicznej bitwy.
3 sierpień 2007, 15:14
Ostatnią cześć jeszcze da się uratować, na zachodnich stronach zbierają się fani i piszą petycje o wykopanie Yatesa. Zresztą wytwórnia (miejmy nadzieje) głupia nie jest i recenzje czytuje. Jest więc szansa, że Deathly Hallows będzie reżyserował kto inny…”Księcia” raczej nie bo mają zacząć kręcić we wrześniu i tego pacana pewnie nie da się pozbyć. I ty na pewno wszystko skoncentruje się na finałowym błyskaniu światełkami, albo popijawie na stypie…