“Iron Man”
04.05.2008 w Recenzje
autor: Paweł
Tak czasem bywa, że ląduje się na jakimś filmie kompletnie przypadkowo (rzut monetą to czysty przypadek, prawda?), jedyna rzecz którą się o nim wie to jakiś słaby przebłysk że komiksy wydawał Marvel, a Jetix kiedy jeszcze był Fox Kids’em nadawał jakieś zabłąkane epizody animacji po 21 razem z X-Menami. Niektórym po głowie błąka się też motyw z piosenki Black Sabbath o takiej samej nazwie, o tej piosence za chwilę.
Od razu mówię, cieszę się że film obejrzałem w kinie - bowiem z bohatera którego zapamiętałem dosyć pozytywnie, zrobiono totalnego, zadufanego w sobie, aroganckiego bufona, i gdybym oglądał film jak większość, chyba zatrzasnąłbym z obrzydzeniem pokrywę laptopa w pobliżu początku. Rozumiem, że to miało przedstawiać jego fazę “bogatego niegrzecznego chłopczyka”, i że musiał się w Żelaznego Człowieka zmienić z kogoś… no, mniej fajnego - ale dajcie spokój - przechwalanie się ilością zaliczonych lasek to już naprawdę nie Marvel, tylko koszarowy humor. (Z półki z równie wysmakowanymi dowcipami pochodzi zresztą tekst “musiałem zrobić coś dla Vanity Fair” zastosowany w miejsce “przeleciałem dziennikarkę tego magazynu”.)
Kiedy jednak przetrwamy ciężkie początki (”co za DUPEK!”) i pozbędziemy się wierzchniej warstwy zdroworozsądkowego niedowierzania (”zaraz, zaraz, SKĄD on ma tyle benzyny i GDZIE JĄ SCHOWAŁ!?”), dostajemy przyjemną, klimatyczną jatę dla lepszej sprawy, zakończoną dobrze, choć trochę zbyt dramatycznie - ale to już chyba taka komiksowa konwencja - zrealizowaną walką z endbossem. W międzyczasie przyjaciele okazują się wrogami, wrogowie okazują się wrogami, pani majordom okazuje się kandydatką na dziewczynę, żonę czy cokolwiek bogaci ludzie zawierają, roboty robią co chcą, a odłamki metalu gwiżdżą koło uszu wszystkim po równo. I to już jest taki Iron Man, jakiego z tych średnio późnych seansów na FK pamiętam, i tą część (czyli - uff - większość) filmu oglądałem z przyjemnością.
Wspomniany na początku utwór Black Sabbath (będący chyba też czołówką, czy jakimś elementem tejże w serialu animowanym, jeśli ktoś wie lepiej niech mnie poprawi) nie pojawił się ani razu. Przez cały film czekałem na charakterystyczny, niski charkot Ozzy’ego “Iii aaam, Iiiron Maaan” - i NIC! Dopiero kiedy w końcowej scenie bohater wyrzuca z siebie “prawda jest taka… że jestem Iron Manem”, napisy pojawiają się w rytmie powolnego motywu gitarowego z piosenki. Czyli z niskiego charkotu nici i tak, jestem zawiedziony.
Film 9/10. Miał swoje minusy, ale był dobrze nakręcony, dialogi były niezłe (niewymuszony, lekki dowcip)… Wstęp pomijamy milczeniem jako zło konieczne. Podsumowując, warto wybrać się wesprzeć wrażą kapitalistyczną kinematografię i napełnić sobie mózg dwugodziną apetycznej, adrenalino-endorfinowej papki.
Przedstawione opinie są wyrazem osobistych poglądów autora i nie powinny być inaczej interpretowane.
5 maj 2008, 01:00
Zatrudnijcie kogoś lepszego do rzucania 10centówkami pod kasą kina ;p ale jak widac, nie poszło źle.
Tępak był uroczy przeca ;C