“Kochanice króla” (”The Other Boleyn Girl”)
07.06.2008 w Recenzje
autor: Paweł
Amerykański film telewizyjnego reżysera Justina Chedwicka zrealizowano według bestsellerowej powieści Philippy Gregory “The Other Boleyn Girl”. Ma niby wszystko, co powinna mieć kostiumowa produkcja: rozmach (który okazuje się pozorny), intrygę romansową (prowadzącą do łatwego morału) i historyczną rewelację (mocno naciągniętą).
(cytat za GW)
Rozumiecie sami - to mogło być tak złe, że aż dobre, albo tak złe, że aż… złe. A przecież nie odmówiłbym sobie przyjemności przejechania się po filmie z romansem w tle.
Pierwsze zapędy erotyczne mamy po… 10 minutach filmu. Na szczęście żadnej dosłowności - scena nocy poślubnej Marii Boleyn urywa się nim do czegoś dojdzie. Nadrobiono to przy okazji scen na linii Maria-Henryk (ugh).
No właśnie, Maria Boleyn, grana przez Scarlett Johansson. Jak Natalie Portman (grającej jej siostrę Annę) nie lubię, tak jest ona zdecydowanie tą lepiej zagraną z dwóch sióstr. A skoro już dobrałem się do obsady - kto wymyślił żeby Henryka VIII grał Eric Bane? Facet nie jest może brzydki, ale nawet ubrany w kostium króla, kapiący złotem i… czymkolwiek jeszcze królowie kapią, po prostu nie wygląda po królewsku. Lepiej już wygląda w scenach sypialnianych, gdzie jego pornobródka pasuje idealnie.
Intryga łzawo i krwawo ciągnie się i snuje, nieledwie plącząc u kostek, wśród powiewania czym się da, podzwaniania, cięcia i krojenia, stukotu posadzek i Bóg jeden wie czego jeszcze; wszystko to sprawia, iż obraz który w założeniu miał być zapewne bogaty i zamaszysty, staje się przeładowany. Momenty zaś kiedy wszystko na chwilę przestaje błyszczeć w porównaniu wypadają blado, powodując że momenty nie będące dłużyznami - stają się nimi.
Nie jestem fanem romansów, a romans dworski jest mi szczególnie obcym gatunkiem, więc uważam “Kochanice króla” za niezły sposób na zmarnowanie dwóch godzin. Może komuś się spodoba; nie polecam.
Przedstawione opinie są wyrazem osobistych poglądów autora i nie powinny być inaczej interpretowane.
8 czerwiec 2008, 22:01
Uh, już się wystraszyłam, że wykazujesz jakieś skłonności ku romansom w filmach. Brrr… powiało chłodem (albo tandetą ;p).
pozdro szejset z mało dworskiego pokoju (:
9 czerwiec 2008, 17:47
Mało dworski? Też mi coś :P
Nie, nie wykazuję skłonności. Staram się być bezstronny w wyborze i okrutnie subiektywny w ocenie ;)
10 czerwiec 2008, 10:21
Nie rozumiem. A po co się na takie filmy chodzi? xD
10 czerwiec 2008, 12:14
Film jest ogólnie rzecz ujmując nudny jak flaki z olejem…. Scenografia i “przepych” wyglądają biednie w porównaniu z serialem(*) o takiej “Marii Antoninie” nie wspominając. Król faktycznie wygląda jak gwiazda balu przebierańców. Portman i Johansson sztywne bardziej niż zwykle (pewnie przez gorset :/ ). Aż się boję sprawdzać ile mld. poszło na ten teatrzyk telewizji.
(*) “The Tudors” oparte na tej samej idei czyli Henryś i siostrzyczki Boleyn, zrealizowane w 10 bodajże odcinkach przez jakąś tv. O wiele tańsza scenografia, obsada zresztą też z gatunku tańszych, ale efekt co najmniej 10xlepszy - zwłaszcza aktorski i fabularny (wizualny o dziwo też). Jak się po tym obejrzy tek kicz…ehmmm znaczy hit dużego ekranu to ma się wrażenie, że kino światowe zbliża się poziomem do kina polskiego…
10 czerwiec 2008, 17:00
35 milionów USD. Z czego znakomita większość poszła na tak zwane “sławy ekranu”, z których widać jedynie Portman, bowiem udała jej się znakomicie sztuczka z totalnym zdominowaniem filmu.