I tak z dwóch filmów o mumiach i Ricku O’Connellu zrobiła się trylogia, a jeśli wierzyć (niekiedy fałszywym) sygnałom przebłyskującym w końcowych dialogach bohaterów, niedługo będzie ich więcej. Włosy stają dęba.

Oba poprzednie filmy w serii wyszły spod ręki Stephena Sommersa. Były to typowe produkty do mainstreamu: szybka akcja, widowiskowe spuszczanie sobie łomotu przez wszystkich nawzajem po kolei, tony efektów specjalnych i słaby, słabiutki humor. Nad tą częścią pieczę trzymał z kolei Rob Cohen - i jest… podobnie. Choć trochę gorzej.Szybka akcja - jest. Sekwencja otwierająca film nie została przeciągnięta w nieskończoność, co się zwykle zdarza. Typowa dłużyzna następująca po połowie filmu - nie wiem, czemu to ma służyć - pojawiła się niestety “zgodnie z rozkładem”. Autorzy odpuścili sobie też rozbuchane zakończenie, co należy im poczytywać za wielki plus. Najczęściej - krótko, szybko, na temat i z wybuchami.

Na wybuchy również narzekać nie można. Pościgi zrealizowano ładnie, i nawet dosyć wiarygodnie (choć strzelanie w cesarza fajerwerkami z pędzącego samochodu… uhm, co to jest - pocisk TOW?). Przyjemnie również oglądało się sceny w Himalajach. Tym jednakże muszę wsadzić szpileczkę - śnieg wyglądał jak piasek, a nawet chwilami spod białej warstwy świeciło żółtawo. Może to tylko moje dziwne wyobrażenia, ale chyba nawet w Himalajach śnieg nie jest aż tak sypki… Po macoszemu potraktowano zdolność cesarza do przemieniania się w różnego rodzaju potwory, robi on to zaledwie dwa czy trzy razy, za każdym razem dość chwilowo. Efekty specjalne zatem - skutecznie, ale bez zachwytu.

Łomot był - tylko nie mogę pojąć, dlaczego na parce głównych bohaterów skoncentrowano się aż tak bardzo, że scenie walki Zi Yuan (Michelle Yeoh) z Cesarzem Qin (Jet Li) poświęcono zaledwie minutę czy dwie. Przecież z ich zdolnościami, to się aż prosi o zatrudnienie jednego z genialnych choreografów (Yuena Woo-Pinga na przykład, który podczas kręcenia filmu nie był nigdzie w okolicy) i zrobienie z jednego z dwóch kulminacyjnych pojedynków w filmie… kulminacyjnego pojedynku, na przykład. Z tą walką potraktowaną nijak, i ze zdecydowanie za krótką (i wydumaną!) sekwencją pojedynku finałowego, pod tym względem zawiodłem się potężnie.

Zajmijmy się na moment aktorami. Brendan Fraser, czyli nowy Ritchie O’Connell, wypada dobrze. Jest śmiesznawym głupkiem z szeroką szczęką i pogodnym z reguły wejrzeniem, czyli do swojej roli i pasuje, i wczuł się. Brawa dla niego. Dała sobie radę z rolą Isabella Leong, grająca Lin - przewodniczkę i pomocniczkę bohaterów (więcej o niej nie zdradzę, bo wyspoilowałbym sporą część filmu).

Nieodżałowaną stratą natomiast jest Rachel Weisz; bez jej głosu smoczyca Eragona wypadłaby blado, i tak samo jej głosu, jej bezbłędnego akcentu brakuje w tej części mumii. Mario Bello, czyli Evelyn O’Connell wersja druga robiła co umiała, jak umiała, nie wystarczyło. Szkoda. Rybką w pysk natomiast należy się Luke Fordowi, czyli odtwórcy roli syna pary głównych bohaterów, Alexa O’Connella. Próbuje zagrać “syna swojego ojca”, drugiego łowcę mumii - tyle, że bez całego humoru i pogody, a w dodatku wychodzi mu to w strasznie wymuszony sposób.

Kolejną wadą filmu jest jego tragiczna odtwórczość motywów z różnych innych produkcji. Pomijając odniesienia do Indiany Jonesa (aczkolwiek uważam, że momenty w soundtracku nawiązujące do main theme z Indiany to przegięcie), bo ciężko nakręcić film przygodowy w tych klimatach nie nawiązując doń, naliczymy całkiem sporo filmów z których gwizdnięto elementy. Jako to: Gwiezdne Wojny, Ultrafiolet, Elektrę, a nawet Złoty Kompas (!). Żeby nie robić koło pióra producentom (i nie spoilować), znalezienie sobie tych kwiatków pozostawiam jako tak zwane ćwiczenie dla czytelnika.

Film… nędzny. Miła zmiana klimatu, ale banalne i niezadowalające jak na film określany “klejnotem koronnym serii” i “najlepszym od czasu pierwszej Mumii”. U mnie 4/10 - ma swoje zalety, ale tak mało, że szkoda kasy na bilet.

Przedstawione opinie są wyrazem osobistych poglądów autora i nie powinny być inaczej interpretowane.

Skomentuj