“Hancock”

10.08.2008 w Recenzje
autor: Paweł

Drugi “poważny” film Wila Smitha (po “Jestem Legendą”). Wnioski? Oj, było się Wilowi trzymać komedii…

Film w zasadzie z gatunku superbohaterskich, tyle że bohater nietypowy. Tytułowy John Hancock bowiem jest zasadniczo bezdomny (ma przyczepę gdzieś pod miastem, a i tak sypia po ławkach), ma problem z alkoholem, nie umie nad sobą panować, a jak na superbohatera to wejście ma kiepskie. To znaczy - efektowne. Ale kosztowne. Cały ten asfalt do naprawy…

I dopóki Wil gra tego bezdomnego z pokręconym poczuciem humoru - jak to Wil - to jest świetnie. Można się pośmiać, jest to widowiskowe, dodatkowym smaczkiem jest fakt, że bohater jest kompletnie spoza kanonu. Jakiegokolwiek właściwie. Problem zaczyna się, kiedy Hancock ratuje PR-owca Ray’a przed pociągiem, a PR-owiec Ray postanawia mu się odwdzięczyć. Domowym obiadkiem i, jak na PR-owca przystało, poprawą wizerunku - dzięki czemu Hancock idzie potulnie do więzienia, poddaje się terapii, i w kluczowym momencie zostaje przez władze sterroryzowanego L.A. z tego więzenia za uszy wyciągnięty. Wdziewa prezent od Ray’a, czyli swój obcisły, gumowo-lateksowy kombinezon, i… hej, chwileczkę.

A zapowiadało się tak dobrze. Wreszcie superbohater bez lateksu. Wreszcie ktoś, kto nie nosi majtek na spodniach! Hurrraaa! A tu zonk? Transformacja undergroundowego superhero w typowego, klasycznego superhero w ciasnych gatkach? No dobrze, przełkniemy i to - Wil Smith powtarzający “good job” wszystkim policjantom których spotyka z nieudolnym uśmiechem i uniesionym kciukiem jest tego wart.

I to pozytywne wrażenie psuje sekwencja końcowa. Wil nie umie grać na poważnie. Superheros szukający zemsty na gościu który postrzelił jego eks-żonę sprzed 3000 lat (czyli aktualną żonę Ray’a… nie będę tego rozplątywał, obejrzyjcie film jeśli chcecie zrozumieć) nie wychodzi mu kompletnie. Jego mimika, jego bohaterskie upadanie-wstawanie, wszystko jest SZTUCZNE. Sytuacji nie poprawiają tak oklepane chwyty, jak ujęcia na monitor akcji serca na którym wśród linii poziomych nagle pojawiają się “piknięcia” czy sugerujące że dusza kołata się jeszcze w ciele tego czy innego bohatera. Zaś finałowa sekwencja, pojawiająca się tuż po początku napisów… ciekaw jestem, co ten scenarzysta przypalał.

No tak, Wil Smith Wil Smith Wil Smith. A co z resztą obsady? Na uwagę zasługuje w zasadzie tylko Charlize Theron, w którą po Aeon Flux lekko zwątpiłem - ale tu zabłysnęła. Jej mimika wprowadza element niepokoju, i tam gdzie Wil Smith tylko się gapi, zapewne wyobrażając sobie, że prezentuje całą twarzą “ja ją gdzieś widziałem…?”, ona samymi oczami wyraża to tak dobitnie, że się echem pod czaszką odbija. No i jej wariant kobiety nie tyle zdradzonej, co kobiety-furiatki - ahh, na tą wykrzywioną buzię przyjemnie się patrzyło.

Zostały technikalia. Muzyka jest - bez szaleństw, nie doskonała, nie świetna nawet. Adekwatna. Pasuje, nie przeszkadza, kawałek pod intro jest nawet dobrany genialnie. Prowadzenie kamery również bez zachwytów; chwiejący się obiektyw, kamera wysuwająca się zza przeszkód czy dzikie objazdy sceny z utratą ostrości - ładne, ale nic nowatorskiego. Efekty specjalne dobre, acz jest kilka niekonsekwencji. Nieuniknione, i trudno.

Film 7/10. Można obejrzeć bez żalu, ma swoje dobre strony, ma swoje momenty - ale to i tyle. Nie rewelacja, a raczej jeden z wielu, mimo że z nietypową fabułą.

Przedstawione opinie są wyrazem osobistych poglądów autora i nie powinny być inaczej interpretowane.

Skomentuj